nagrobki pustosieją
Nie ma śladu
po młodych ziemniakach,
okruchach po kremówkach.
Siedzieliście z kompatriotami.
Wspominaliście, tańczyliście
w wąskich sombrerach,
na wąskich ławeczkach.
Gdzie parujący bigos
z dziarską nadkwasotą,
że aż zez
i podrygiwania karku. Schabowy z głową
na sztywnej szyi,
panierką wyglądającą zza zniczy
jak kwiat kalafiora.
Powaga schodzi wraz
z oddechem,
ze starym zużytym powietrzem. Przykładasz ogień do opuszków palców,
wrzeszczysz wniebogłosy. Kawki, wrony i gawrony lećcie,
raczej przepadnijcie za zrębem równiny.
Marzną dłonie.
Rozsuwają się stopy pod nami,
na lodzie z wody
oligoceńskiej.
Jawność śmieci, chmurek
papierosowych
aż boli w okolicach oczu. Załzawienie i reset emocji.
Znów powrót będzie
się dłużył,
gubiąc wszystkie krótsze
drogi.
Wystyga czerwony barszcz,
kubki dzwonią głośno,
od ucha
do ucha
na styku z mortadelą,
lastryko.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz