to nie ten szajs tylko SOBOTA
[nic niezwykłego
noc i dzień na bakier na oklep na rowerze
zwichrowane łąki z asfaltu]
kino i wspólne drobiny
prażonej kukurydzy
za gumką majtek
swąd zapiekanek
na pieczarkach
naczos wystaje za
grube dywany i zabudowane balkony od wschodu
lekki namiot na zachodzie
miasta
z listka sałaty
ser ściekający ze śliskich balustrad
wyciągam pensetą piasek
z twoich zaspanych oczu
w innych sprawach mniej lotnych tłumaczysz pochodzenie i cel
twojej nieskazitelnej skazy
zęby które jeszcze niewyrwane
wszędzie podstępne prace kanałowe
zapominają o bólu jak każda młodzież
uzbrojona w smartfon
strzelająca z gumy do żucia
pajęczyny pod sufitem
ale lecimy do mnie
na tym ledwo wietrze
od burzy jakieś sto tysięcy lat
cztery ściany
nie tak myślące i wygodne
jak za wysokim murem
Hampton nad Wisłą
ale jednak własne
i łobuzersko wygadane








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz