Pustynia II
Moja matka? Żyje jeszcze i ma się dobrze. Mieszka z nami. Meksykanie lubią w kupie, blisko siebie, jedno na drugim, ciało przy ciele. W pocie i smrodzie. Zwierzęta też są pod ręką – pod stołami, łóżkami, w pościeli. Może dlatego, że w głębi serca jesteśmy jednym plemieniem. Szkoda tylko, że ojciec już nie żyje. Wiedziałby co robić. Miał nosa do nieprzyjaciół, krętaczy i zwykłych bandziorów. Wiedziałby w kogo wywalić z dwururki. Nie bawiłby się w ostrzeżenia. Stanowiłby lepszą ochronę dla tego domu niż para wytresowanych rottweilerów, które trzymam. Pieprzone niemiaszki o grubych kościach, czasami mam takie przebłyski, widzę w realu jak zagryzają małą Soledad i wtedy jestem bliski szaleństwa. Tylko, że te bydlęta są dobrze spłacającą się inwestycją. Niektórzy mieszkańcy naszego miasta czerpią niezłe zyski z walki psów.
Gdyby ojciec był wśród żywych wystarczyłoby ustawić dla niego krzesełko od strony słońca, na ganeczku, a w zasięgu dłoni postawić pękatą butelczynę z tequilą. Był czystej krwi twardzielem z Nogales. Lubisz walki psów maricón? Przepraszam, że cię tak nazywam, ale... Zresztą, nie zwykłem przepraszać. W wolnym czasie pokażę ci walkę psów. Chcesz? Nie brzydzisz się widokiem krwi, rozszarpywanej zębami skóry, mięczaku? Skoro twierdzisz, że nie to masz zaiste szansę na zdobycie swojego artykuł na pierwszą stronę. Tylko pamiętaj, że ja też mam coś z tego mieć. I żadnych zdjęć maricón. Mogę pokazać ci zdjęcia rodzinne z albumów, ale bez fotografowania mnie lub dzieci – zabiję, jeśli nie posłuchasz!
"Dziennikarze i inne pismaki to darmozjady. Są jak tłuste pijawki wypasione na krwi płynącej w żyłach systemu. Nie po to ryzykuję codziennie własnym życiem, żeby być pożywką dla tych złodzieji spektakularnych chwil. Nie jestem aktorem w waszym filmie. Zapamiętaj to sobie, maricón. Teraz, zejdź mi z drogi. Masz tu klucze i wyprowadź pieski. Słyszysz?
Byłeś kiedykolwiek w ringu? Jeśli nie to nie wiesz jak cuchnie pot twojego przeciwnika. Pragniesz go zabić, walczysz ze strachem, a to on śmierdzi bardziej od ciebie i wewnętrznie jęczy jak odzierany ze skóry tchórz. Kiedy stoisz na ringu wydaje ci się, że strach nie ma końca i pokrywa pola, lasy i doliny kraju, który znałeś w dzieciństwie. Śmieszne jest to, że kiedy byłem gówniarzem nie bałem się niczego. Dosłownie właziłem lwu w paszczę. Jako dorosły wciąż walczę ze strachem. Sram ze strachu z byle powodu. Zawsze gdy wchodzę do lokalu mimowolnie sięgam za pasek od spodni. Z tyłu, pod ustawicznie przepoconą koszulą, noszę kawał spluwy - Berettę 92 Brigadier. Dotykam grzbietu broni, zamka i odzyskuję spokój. Na krótko jednak.
Najgorsze są momenty, kiedy natrafisz na spojrzenie jakiegoś typka, najczęściej zachlanego i nie możesz, nie możecie wyjśc, zrzucić z siebie tego wzajemnego przyciągania. Jedna para nienawistnych oczu wpija się w drugą i żadna nie chce odpuścić. Wydaje ci się, że to już koniec, że tamten po drugiej stronie barykady nie odpuści, no chyba, że wpakujesz mu kulkę między oczy. W takich chwilach, dzięki doświadczeniu z ringu przetrzymuję faceta jak długo tylko mogę i albo kończymy na zapleczu wypalając skręta z haszyszu lub koką w nocha, albo no wiesz... Ja nie zabijam, zabijają inni. Robią to za mnie – cudze rączki wchodzą w paradę i wykonują brudną robotę. Jak to możliwe? A owszem, możliwe. W Nogales prawie wszystko... Dopisz sobie sam maricón! A jak! Tutaj, w samym mieście jest bardzo dużo rąk do pracy. Zsumuj miejscowych i napływowych. Wszyscy za czymś się rozglądają, wypatrują oczy i wpadają w łapska los zetas".
Meksykańskość? Czym jest? Kurwa, nie wiem maricón. Nie masz łatwiejszych pytań? Nie myślałem o tym, bo interesuje mnie tylko to co kręci się w Nogales. Nie sięgam wzrokiem daleko poza to miasto. Zresztą, zabudowania kończą się bez ostrzeżenia. Z okna parteru wypadasz na piasek pustyni. Z ganku domku możesz wskoczyć na głęboką wydmę. Jeśli przyłożysz ucho do parapetu możliwe, że usłyszysz wędrujący po ziemi piasek. Szybciej jednak wychwycisz hałas, który robi skorpion, kiedy pakuje żądło w jakiegoś gryzonia. Masz też dużą szansę na to, że wyłapiesz posuwisty szelest wywoływany przez grzechotnika, ocierającego brzuch o glebę. Nogales jest wszystkim, osobną planetą, raz wdepniesz i z trudem wychodzisz. Jedno jest pewne – to nie jest miejsce dla turystów. To nie jest normalne miejsce.
Jakbym na to nie patrzył nie da się ukryć, że rodzina to podstawa. Zwłaszcza jak całe pokolenia mieszkają razem, tak jak w przypadku rodziny Estrella. Ok, stało się, powiedziałem i zapisz maricón. Estevez Estrella. Razem przeżywamy narodziny i śmierć, w obu przypadkach hucznie. Estrella i nie tylko oni upijają się – tak, obżerają – jasne, aż brzuchy puchną i bolą wątroby. Powiem krótko: żyjemy bez umiaru, niszczymy własne organizmy, jakbyśmy nie byli śmiertelni. A przecież to grzech, nieprawdaż?
A mała, słodka Soledad naprawdę kocha swoją babcię. Układa jej siwe włosy w grube warkocze i nuci smutne piosenki. Nazywa moją matkę starą szamanką. Dlaczego to dziecko jest takie smutne? Nie twoja sprawa, maricón. Opowiem przy innej okazji dlaczego. Zdarzyło się coś naprawdę parszywego z rodzaju spraw, które opisują wyszczekane gadzinówki.
Zapisz, jeśli ci życie miłe, jeszcze raz, że Estevez nienawidzi dziennikarzy i tych „lotnych” reporterów węszących wszędzie krew albo zgniliznę. Są gorsi od płatnych morderców i sprzedajnych adwokatów. Nie dziwię się, że los zetas są na nich cięci i od czasu do czasu któregoś ustrzelą. Przez nich niejeden policjant, a nawet federalny został rozpoznany i paffffff! Rozumiesz? Koniec, leży w piachu. Myślisz, że jest mi łatwo mówić o śmierci? Przeciętniacy myślą, że Meksykanie to naród czcicieli trupich czaszek. To znaczy, że co, że taplamy się w śmierci jak w bagnie? Gówno prawda!
"Masz rację, ja to co innego. Obcuję ze śmiercią od małego. Walczyłem z grzechotnikami na pustyni. Pierwszą walkę stoczyłem, kiedy miałem naście lat. Ojciec porzucał mnie samego na pustyni. Zostawiał tylko zapas wody i kawałek umoczonego w oliwie placka kukurydzianego.
Stanąłem z grzechotnikiem oko w oko w przeddzień jedenastych urodzin. Nie musiałem długo szukać gadziny – jest ich tam tak dużo, jak kaktusów wyrastających spomiędzy skał. Mają tam swoje miasta podziemne, w których spółkują, rodzą małe, tatuują się zębami i podrzynają wzajemnie gardła. Ich noce są równie samotne jak nasze – mają własnego jednookiego Boga i modlą się do niego o sprowadzenie zarazy na ludzi".
Estevez okręca się na pięcie. Stoi tyłem do ściany opierając się o nią plecami. Gasi skręta na podeszwie kowbojskiego buta. Widząc go w tej chwili, z tym przewrotnym uśmieszkiem na twarzy, zaczadzonego haszyszem, jestem w stanie wyobrazić sobie go, podążającego na koniu tropem uciekającego bandyty.
Z pościgów zazwyczaj wracał tylko jeden wybraniec. Chyba, że tropiciel miał pecha i natrafił na przeważające siły wroga w postaci kumpli tamtego. Arterie przechodzące przez pustynię nie były wtedy zbyt często uczęszczane, ale zawsze można było trafić na nieprzyjemną niespodziankę. Estevez nie zakopywał zwłok. Robiły to za niego sępy. Brzydził się prędkimi pochówkami pod gołym niebem pustyni.
"Duchy umarłych węży, tych co odeszły ze starości i tych co poległy w bohaterskich zapasach okupują najwyższe wzgórza, czekając na zbawienie obiecane przez jednookiego. Dzieci węży kołysane są do snu opowiadaniami o okrutnych ludziach polujących zapalczywie na tęczowo połyskujące skóry. Najbardziej upadlającym procederem jest usuwanie perłowo-białej grzechotki. Młode węże ćwiczą się godzinami w sztuce odstraszania i samoobrony. Plują z dużych odległości w kamienne tarcze celownicze".
Estevez próbuje wepchnąć w moje wpółotwarte usta dużą grudę haszyszu. „Nie chcę, weź to ode mnie. Nie można inaczej?”. „Nie ma sensu maricón. Żuj, taki hasz dobrze się przyjmuje. Zobaczysz jak odlecisz w gwiazdy”. Estevez chichocze. Pod rozciągniętymi wargami rząd nadpsutych, nieapetycznie wyglądających zębów.
"Dziewczyny z Nogales, zwłaszcza te nastolatki chodzą z chłopcami na pustynię i obciągają im laski. Wiesz dlaczego maricón, bo tam jest dużo miejsca na to. Jest luz i komfort. Żadne z nich nie strąci niechcący doniczki z parapetu. Poza tym, jak odchylasz się do tyłu i widzisz niebo to masz szansę na orgazm nie z tej planety, maricón. Opowiem o czymś jeszcze. Właściwie mam dużo do przekazania. Na razie notuj. I jak bierze? A nie mówiłem! Znów ujrzałem te zęby i odwróciłem wzrok".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz