Pustynia
Drogę z Nogales pokrywa piasek, przedsmak pustyni, cierpkiego poranka, który bywa chłodny i potrafi porządnie wytrząść takiego chłopa jak ja. Miałem zadatki na boksera, jakbyś nie wiedział. Nie radzę próbować miąższu z kaktusa. Trzeba wiedzieć jak spreparować, żeby był jadalny. A skóra, pierońsko twarda nie nadaje się do niczego. Można zęby na niej połamać. Zawsze sądziłem, że nadaje się jak ulał do wyrobu siodeł albo butów traperskich, albo co najwyżej butów szturmowych, które nosiłem, kiedy bawiłem się w wojnę z kartelami. Ciiii, ale o tym ani mru-mru, można dostać kulkę między oczy, zwłaszcza tutaj, gdzie nie wiadomo kto figuruje na liście płac los zetas. W zasadzie figurują prawie wszyscy, ale o tym głośno się nie mówi.
Mam na imię Estevez. Mój ojciec był porządnym człowiekiem, wojskowym, zdecydowanie sfrustrowanym, jak wszyscy Meksykanie (mamy to we krwi, pijemy truciznę rozczarowania z mlekiem matki – to się nazywa bodajże mescal). Ale to nie znaczy, że facet był gotowy na ostateczności, które zaprowadziłyby go do więzienia. Przeszłość, ani historia nie mają tu nic do gadania. To pustynia ponosi winę za wszystko. Nie mogę spać, kiedy słyszę przelatujący nisko nad ziemią piasek. Dostaję alergii na sam odgłos.
Ojciec dociągnął do sierżanta. Na emeryturze nie mógł znaleźć miejsca dla siebie. Nogales było dawniej malutkim, ledwo zipiącym, zapyziałym miasteczkiem. Siostra, starsza ode mnie, przyłączyła się do grupy wędrujących długowłosych. Wszyscy brali (wracali pewnie z Nowego Meksyku, a więc szlak pejotlowy mieli za sobą) i wciągnęli Soledad w ten proceder. Tak, jestem pewny, że zajmowali się dystrybucją. Z tego musiały być niezłe pieniądze, zresztą podobnie jak teraz. Ojciec był jednak uparty i zamknął ją pewnego dnia w domu, ufortyfikował się, zaryglował okna, wzmocnił czymś drzwi i zarzekł się, że nie wypuści. Zachował się jak szalony pionier z płonącego pogranicza, a czasy były rzeczywiście wariackie. Strzelano gęsto i często. Zresztą z Wietnamu wracali strzelcy, saperzy i podpalacze (serc niewieścich). Stracone pokolenie. Podobnie jak teraz. Przyjechali po nią, nieuzbrojeni, wiatr kręcił młynki w długich włosach. Tatuś, strzelec wyborowy, położył trupem jej kochanka. Soledad uciekła i więcej się nie pokazała na progu domu. I bądź tu mądry kamracie. Kobiety są nieprzewidywalne. Osobiście wolę zatańczyć z tequilą. I jeszcze z kimś, jakbyś zgadł, siostrą tequili – a threesome would be fine.
„Hipisi stoją w nierównym szeregu, poszarpanym, niekonsekwentnym, podobni egzotycznym roślinom. Młode dusze przyobleczone w dżinsy, jedyny godny roboczy strój dla wiecznych bezrobotnych. Skrzydeł im brakuje. Poczekajmy, może do następnego razu urosną. Są tak narąbani, że ledwo stoją. Wydaje im się, że teren jest stromy, ale przecież stoją na skrawku ziemi wyrwanej pustyni zapobiegliwymi rękami. W ustach, w całym ciele nie ma, nie było miejsca dla kolejnej srebrnej igły. Są jak jeże przekłute własną bronią, masochistyczni kochankowie przeznaczenia, pogodzeni z losem aniołów i szubrawców. Przeganiani z miejsca na miejsce – mają szczęście, że kraj jest wielki i gościnny, i nikt tak naprawdę nie zwraca na nich uwagi. Tylko Mendez ojciec Soledad się wścieka,. To wariat, nie zbliżajcie się. Trachhhhhhhhhhhh! O k****, dostał?”.
Nie pasuję do wizerunku idealnego gliny. Żeby przeżyć trzeba się s******, to nieodwracalne. Prawdziwe pokusy i oczywiście śmierć, naga i namacalna, czają się za każdym rogiem. Musiałbym być niespełna rozumu, żeby przyłączyć się do szlachetnych rycerzy sprawiedliwości, lokalnych kamikadze. Zapuszczałem się kiedyś w pościgu za handlarzami daleko na północ, ale teraz nie musisz nigdzie jechać, żeby z nimi poobcować. Łażą po ulicach, siedzą w knajpach, mają cię na oku, a ty lepiej siedź cicho jak mysz pod miotłą. Gdybym był nadal gliną moje dni byłyby policzone, dokładnie, co do sekundy. Znałbym dzień własnej śmierci, wiedziałbym jak umrę i pewnie zobaczyłbym w telewizji w godzinach najwyższej oglądalności, jak rozwalają mi łeb. Protesty, pochody, petycje, nic nie zmienią. Ja w odróżnieniu od wielu frajerów kocham moje dzieci i nie dam zrobić im krzywdy.
Soledad chodzi do przedszkola, a Miriam chce zostać aktorką. Z czego żyję? Z narkotyków, tak jak wszyscy.
Soledad chodzi do przedszkola, a Miriam chce zostać aktorką. Z czego żyję? Z narkotyków, tak jak wszyscy.
„Estevez okręca się na pięcie. Wiadomo już, że nie zdąży wyciągnąć ciężkiego, pękatego rewolwera. Tamten odpalił w kierunku Esteveza dwie kule z napisami „f**** you” i „pośpieszny”. Nie ma co liczyć na łut szczęścia. Miriam stoi z boku i napełnia wodą zbiorniki na łzy. Soledad jeszcze nie wie o co chodzi – uśmiech wystawia do nieznajomych. Były glina żałuje teraz, że nie przyniósł pary sztucznych skrzydeł, które jego brat kupił w Walmarcie, w USA. Nie przymierzył ich nawet, bo wiedział, że brat nosił ten sam rozmiar koszuli. Był pewny, że będą pasować, jeśli zajdzie taka potrzeba.”
Słońce wpada do lokalu, ale jakoś pokątnie, omijając szybę od ulicy. Żyjemy w dziwnym kraju, o zanikającej mieszanej karnacji, nic nie jest jednoznaczne. Przechodnie na ulicy, sąsiedzi, rodzice z wywiadówki giną albo okazują się twoimi zabójcami. Małolaci specjalizują się w 2 funtowych przesyłkach – to prawie kilogram hery przeniesionej przez granicę. Esteves zaczął brać narkotyki bardzo wcześnie, zanim zaczęli zabijać, odcinać głowy, itp. (nie różnił się tym od innych byłych gliniarzy i tych w służbie czynnej). Nikt nie przypieczętuje jego śmierci ucięciem głowy albo zmiażdżeniem rąk. Obcięcie rąk to jak wyrwanie języka. Kiedy o tym mówimy Estevez trzyma w rękach jaja, jakby obawiał się, że je straci.
Czasy się zmieniły. Hipisi odeszli. Zamieszali, narozrabiali i zmyli się z pogranicza. Nikt nie pamięta, że tacy tu byli. Nie, nikt nie sprzedaje mundurków dla hipisów. Jedź do Hollywood, może tam cię obsłużą. Ja nie tęsknie za nikim i zapomniałem o ideach, które przebrzmiały jak dzwonienie niepoświęconych dzwonów dwa obsrane tygodnie temu.
Dobra, to ja mówię dalej. Estevez jestem, urodziłem się w Nogales. Jeździliśmy z kolegami nad zatokę. Poznałem tam Efraín, moją późniejszą żonę. Miriam w niedzielę 25.05 powiedziała, że pójdzie na pustynię. Ktoś widział tam hipisów, ukrytych za wydmami wygolonymi przez wiatr. Powiedziałem jej szybko, że to ćpuny. Nazwałem ją moim dzieckiem, chciałem cofnąć czas. Zadałem podstawowe pytanie:
- Chcesz być ćpunem?
- Już jestem ojczulku – odpowiedziała. Obnażyła piersi. Nad czerwonymi sutkami miała dwie czarne jak węgiel pacywy. Niech żyje wolność, miłość i braterstwo. Pełna egzaltacja – pod językiem zauważyłem prawdopodobnie speeda.
- Chcesz być ćpunem?
- Już jestem ojczulku – odpowiedziała. Obnażyła piersi. Nad czerwonymi sutkami miała dwie czarne jak węgiel pacywy. Niech żyje wolność, miłość i braterstwo. Pełna egzaltacja – pod językiem zauważyłem prawdopodobnie speeda.
„Gdybym był skrzydlatym rycerzem zapuściłbym się na pustynię, depcząc po piętach moim wrogom. Grzechotnik zanosi się suchym, histerycznym śmiechem. Złoty piasek z pustyni jest prawie niewidoczny. Kiedy wiatr unosi białą chmurę, zachowuje się jak poplecznik szatana. Niewidoczna chmura potrafi zjeść wszystko co masz, wejść w każdy otwór, zamknąć ci twarz na wieki. W momencie gdy przestaniesz krzyczeć, wtedy będziesz wiedział, że to koniec. Sczeźniesz na piasku. Zajmą się tobą sępy o czarnych grzbietach”.
Sępy, o tak, zjedzą cię, obgryzą kostki. Zrobią to lepiej niż w prosektorium. Na pustyni każdy rodzaj śmierci jest dopuszczalny. Umierają od odwodnienia i przedawkowań. Jeśli nie wiesz jak umrzeć udaj się czym prędzej na drgające na horyzoncie piaski. Jeśli nie wiesz jak umrzeć dołącz do armii wydziedziczonych, błąkających się bez celu między rządem a los zetas. Jeśli jesteś zły na rząd, że nie zalegitymizował eutanazji wstąp w nasze szeregi. Przed śmiercią w wielkim stylu, od kuli, chroń nas Panie. Zanim zdechniesz, zaznaj miłości, gorącej namiętnej. Tak jak inni musisz zdradzić żonę, oddalić się od ogniska, zdradzić dzieci, porzucić siebie (zaznasz prędkiej miłości). Skup się, ostatnia dawka p*********** narkotyków miała zadziałać, miała wyzwolić nędznika w tobie. Zanim zdechniesz marnie zaznasz wolnej miłości.
Wiesz, że Miriam miała plany? Była ambitną dziewczyną.
Grzechotnik zanosi się suchym, histerycznym śmiechem.
Miriam chce ci coś powiedzieć, rozstrzygnąć coś, ostatecznie. Usta w gęstym kompocie nie mogą ugasić pragnienia. Niebawem umrze na twoich rękach. Grzechotnik stracił głos od pustego śmiechu. Ktoś u********* mu zęby jadowe, jakby wyrwał jaja. Kup śmieszną karykaturę grzechotnika za 10 dolców. Za dziesięć dolców i przedłuż mu życie (chyba jeszcze nas na to stać?).
„Hipisi nie stoją w szeregu, rozbici są na mniejsze grupki, jak niepewne swego owce. Nie ma przywódców na przedzie, chowają się w środku. Dojrzewanie musi potrwać. Krytycy ruchu, nieafiszujący się miłością do narkotyków rzekli, że ofiary nie pójdą na marne. Dopiero później długowłosi będą umierać na serio, nie na niby, od przedawkowań śmiertelnych, ale rewolucji. Gliny nie przestawały strzelać (takie ich powołanie i zajęcie), a agenci federalni, to dopiero były parszywe dranie...”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz