wybiegam o świcie kiedy trzyma jeszcze mróz i śnieg jest sypki
znajomi odźwierni
zdążą tylko
mrugnąć okiem
bezdomne psy
gryzą twoje imię
wykute w lodzie
inne kobiety już od godziny stukają się w głowy
nosiłem żwir na który
kot strzepywał łapy
na twój portret w Nowym Jorku
chciałbym być
przy budce pod Jamnikiem
(parówką) odkładaną
w papierku na później
francuskie pomidory
z krwawiącymi
podłużnymi
ranami
ciętymi
płynie obok jakaś rzeka
cebula tylko nieznacznie
przypalona
nie znajduję ciebie
na żadnej z bułek
czy uszłaś z życiem?
prosto do Palestyny
hidżab
długi i zielony
jak liście marchewki










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz