piątek, 3 stycznia 2020

Hiszpański dres


HISZPAŃSKI DRES
HISZPAŃSKI DRES





Świecący dres ściśle opina nie tylko niebo. Widzę te dwa kolory wszędzie. Czerwień i złoto. Wciąż pamiętam tamto miejsce. Czekaj, gdzie to było? Nad morzem, w jakiejś dziurze zabitej dechami. Inne miejsca, góry, krainy jezior nie są w naszym guście. 

Chłopie obudź się, tam nie ma jezior. To prawie Afryka albo już afrykański ląd.

Wystarczyło wyjechać do nic nie znaczącej miejscowości nad morzem, by zmienić poglądy na temat mnóstwa spraw. Jak za dotknięciem magicznej różdżki. Prawie, z wyjątkiem kwestii związanej 
z pochodzeniem. Od tego, skąd jesteś, gdzie dokładnie wypłynąłeś na powierzchnię burzliwego oceanu niestety nie uciekniesz.

Banalne ubranko jest jak głos sprzeciwu, głośne oświadczenie, powiem precyzyjniej: statement
O tym miejscu, w którym tkwimy od urodzenia. Spłodzeni w tej samej dzielnicy. Podsystemie chcianym 
i niechcianym. Znienawidzonym i ubóstwianym. Tutaj przyszła na świat matka i jej przepracowana rodzicielka, niewygodna i nielubiana przez urzędy kapitalistka. Na podwórku, w wąskiej studni przy śmietnikach w 1944 zginął dziadek uderzony w głowę odłamkiem. Możesz zgadywać, kim był, jaką pełnił funkcję. Powiem wprost, że był łapiduchem. Duchy były jednak szybsze od dziadka. Miały dużą wprawę 
w porywaniu ludzi.   
  
Jak łatwo rozdają w tym kraju etykiety. Prawdziwa fabryka etykiet, za którą nikt nie nadąża. O świcie 
przed przebudzeniem po cichu nalepiają mały prostokąt z nazwą kategorii na twoje drzwi. Zostajesz nazwany, okiełzany, udomowiony. Treserzy będą z ciebie dumni, jeśli spełnisz oczekiwania. Dziwnym trafem uznali cię za swojaka. Od tej chwili bezpiecznie przechodzisz od punktu A do B. Bez przeszkód załatwiasz sprawy oraz umieszczasz syna w przedszkolu. Bezpieczny w granicach rewiru. Założą ci kaganiec na buzię i zatęsknisz za beztroską dzieciństwa. 

Straciłeś orientację Fabian po tej Hiszpanii. Wracasz, podróżujesz środkami komunikacji miejskiej, jesteś 
w drodze do domu na Czerniakowie, lecz jeszcze nie dotarłeś. Zauważyłem, dostrzegłem. Twój duch został tam w cieniu drzew. Pieprzona choroba nie daje ci spokoju. Nie chciałbym być w twojej skórze, zwłaszcza po lewej stronie twojego ciała, że tak powiem. Widziałem nie raz, z bliska, twoją bezradność, którą okazujesz niechętnie. Wyjawiając skąpe szczegóły tylko nielicznym. O dziwo, twierdząc, że najlepsi do tego są przygodnie spotkani ludzie.

Prowokujące zestawienie dwóch kolorów przesłoniło pół świata. Niech żyje spieczona na skwarkę ziemia królów katolickich!

Do kurwy nędzy. Szkopuł w tym, że wciąż jest zimno. I głodno.

- No i co? Idziemy posłuchać dziwnego rocka? - pytam.

Patrzysz trochę krzywo, jakbyś nie zrozumiał.

- No Fabian, nie drocz się! Wyjmij łapy z kieszeni. Trochę szacunku gamoniu.

Na przystanku zwykły tłok. Warszawski czerwono-złoty autobus podjeżdża bezszelestnie z dumnym napisem „Jestem elektrykiem”. A ty Boguś kim jesteś? Starzejącym się łysolem o fizjonomii Fantomasa? Przynajmniej pracujesz społecznie dla czystej satysfakcji. Niezły opiekun. Niedawno odwiesiłeś mundur zawodowca. Nie musiałeś tego robić. Ciułać grosze i dokładać - do czego? Emeryturę masz całkiem porządna, a rząd dodatkowo winduje w górę oczekiwania takich jak ty. Chciałeś się ukryć, tylko przed czym? Na misję już nie pojedziesz. Odsunęli cię trzy miechy temu. Niejako sam sobie zgotowałeś ten los. 

Przyklejony twarzą do szyby widzę prawie wszystko. Zaraz, coś tu nie gra… Na szarym tle jakaś znana mi, bliska sercu ruchoma plama. Nagle krzyczę na całego, drę ryja! Zamknięty w dźwiękoszczelnym słoiku. Dlaczego nie wsiadłeś Fabek?!

Gość idący obok ciebie nie nadąża. Widzę. Przyklejony do szyby jedną połową twarzy. Dlaczego tylko jedną? Gdybym przywarł obiema zobaczyłbym więcej. Z kolei ty mógłbyś bez trudu zauważyć moje rozbiegane oczy i chwytające powietrze dłonie. Ale ty nie patrzysz. Idziesz przed siebie z uwieszonym 
u ramienia nieznajomym. 

Autobus przeciska się do skrzyżowania. A stamtąd może do Hiszpanii.
-España, por favor!!! Pojedzie? Byłoby dobrze.

Wiem, że tęsknisz za tym samym. Widzę więcej niż ty. Zauważyłeś swój błąd. Zapomniałeś Fabian, 
że miałeś wejść do autobusu ze mną. Potwierdzasz? Szum na łączach. Nie wszystkie kabelki przewodzą. Twoja lekarz prowadząca złapałaby się za głowę. Swietlana ma na imię. Piękny początek i końcówka imienia. Jednak ty nie słyszysz tych ładnych dźwięków Fabian, a ja wyskakuję przy skrzyżowaniu i krzyczę w biegu.

- Dziękuję Panu za upilnowanie chłopaka! 
Blokuję tamtemu drogę prawym barkiem i spoglądam wymownie na Fabiana.

- Do kurwy nędzy - syczę. Zimno. Oszukańczy wiatr.

Ciebie też oszukał. Myślę, że tak. I śmiejesz się pod tym dziecinnym, piegowatym nosem. Niby niewinnie. Ale nie chcesz iść równym krokiem z powrotem na przystanek. No po prostu idziesz wbrew sobie, 
jak szczeniak na smyczy. 

A ja, jakby machinalnie, bez wywoływania do tablicy rozmyślam od paru minut o powtórnym wypadzie. Pokazałem wtedy Fabianowi namiastkę misji - pocztówkę z Afganistanu ułożoną na kamieniach Katalonii. Byłaby powtórną nauka człowieczeństwa. Wracam powoli do żywych. Przyjmuję i daję szerokim gestem bez zahamowań i patrzenia wstecz. 

+++

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga